wtorek, 1 września 2009

Nile "In Their Darkened Shrines"



Najmocniejszy album zafascynowanych starożytnym Egiptem i Mezpopotamią amerykańskich deathmetalowców. Unikalne brzmienie - w zwolnieniach monumentalne i dostojne, przywołujące na myśl mroczne rytuały odprawiane przez kapłanów starożytnych bóstw, a szybkich fragmentach klaustrofobiczne i głuche, kojarzące się z zaduchem i ciasnotą katakumb. Do tego perfekcyjne połączenie death metalu i ambientowych dźwięków o bliskowschodnim rodowodzie. Te ostatnie im dalej w głąb płyty odgrywają coraz istotniejszą role w całokształcie brzmienia i osiągają swoje apogeum w czeroczęściowej sadze "In Their Darkened Shrines". Do najmocniejszych fragmentów płyty zaliczam również utrzymany w doomowym tempie "Sarcophagus", niemal 12-minutowy, epicki "Unas Slayer of the Gods" oraz opentańczo szybki "Kheftiu Asar Butchiu".

8/10 - mumia powraca :)

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Deathspell Omega - Fas - Ite, Maledicti, In Ignem Aeternum




Misterna układanka z gwałtownymi przejściami od niezwykle złożonych, dysharmonijnych partii gitarowych do mrocznych, ambientowych dźwięków. Bez litości dla słuchacza w postaci chociażby chwili na wzięcie głębszego oddechu i próbę połapania się w całości. Nad płytą wisi klimat dekadencji, bluźnierstwa i metafizycznego strachu. Efekt końcowy kojarzy mi się z "Ordo Ad Chao" Mayhem, z tą delikatną różnicą, że w odróżnieniu od ostatniej płyty Norwergów, do "Fas..." z pewnością będę wracał.

7/10 - awangarda i mrok.

Anaal Nathrakh "Eschaton"




Zlepek najlepszych patentów ekstremalnego metalu z różnych stylistyk (black, death, grind, industrial) podany w siarczystym brzmieniu. W nawałnicy blastów, nieludzkich temp, zwierzęcych ryków, dysonansowych tremolo drzemie nieokiełzana, zwierzęca energia.Szaleństwa dopełniają pojawiające się w najbardziej nieoczekiwanych miejscach czyste, melodyjne zaśpiewy i melancholijne harmonie gitar.

9/10 -terroryzm dzwiękowy w pierwszorzędnym wydaniu.

sobota, 5 lipca 2008

In Flames "A Sense Of Purpose"






Z In Flames było mi już od dłuższego czasu nie po drodze, bo już od dłuższego czasu grali nie wiadomo co (vide "Soundtrack..." i "Come Clarity"). Nie śledziłem wieści z ich obozu i średnio mnie obchodziła nadchodząca płyta. Jednak po obejrzeniu w telewizji - nawiasem była to 4FunTV - hail to underground :) - klipu "The Mirrors Truth" już wiedziałem, że z płytą warto się zapoznać. I faktycznie, bo chociaż z okresem sprzed "Claymana" najnowsze dokonanie IF nie łączy prawie nic, jednak płyta jest bardzo przyjemna do posłuchania i... pooglądania.

Zacznę może od tego drugiego. Zaopatrzyłem się w „snob-edition" krążka. Ślicznie wydany digipak, wzbogacony o DVD "making of...", dodatkowo zapakowany w slipcase. Takie wydanie nawet przyjemnie ot tak w ręce potrzymać. Oprawa graficzna krążka wykonana w ciekawym, nieco komiksowym stylu, nietypowym jak na metalowe wydawnictwa.

Muzyka na nim zawarta jest wyjątkowo przyjemnym kąskiem melodyjnego i przebojowego grania. Niewątpliwie, jest to najłągodniejsza pozycja w dotychczasowym dorobku In Flames. Mnóstwo tu harmonijnych gitarowych ornamentów, wreszcie wróciły solówki, które IF zgubili w okresie „Clamana”, screaming Andersa nie irytuje już emo-nutkami, natrętnie wstawianymi pod koniec każdego wersu, często i chętnie posługuje się on czystymi lub „około-czystymi” wokalami. Gitarowe riffy, mimo że nie wypruwają flaków swoją ostrością ani ciężarem, są całkiem dynamiczne i konkretne.

Co do poszczególnych kawałków, to trzymają one mniej więcej ten sam poziom. Każdy z nich zawiera swoje „smaczki” utrwalające je w pamięci słuchacza, czy to w postaci przebojowych refrenów, czy gitarowych melodii czy to zwolnień, pozbawionych przesterów, czy też fragmentów akustycznych. Jeśli chodzi o mnie, to najbardziej mi przypadły do gustu „The Mirrors Truth” – świetny, dynamiczny riff, śpiewny refren, melodyjna solówka „Alias” – utrzymany w wolniejszym tempie, z ciekawym klawiszowym motywem przewodnim i kolejnym zapadającym w pamięć refrenem, ładną akustyczną solówką w środkowej części utworu, „Disconnected” – galopada na początku utworu, zmieniająca się rozciągniętymi nutami w refrenie. Natomiast zupełnie nie trafia do mnie „The Chosen Pessimist” – bardzo długa ballada z nieco irytującą manierą wokalną Andersa – w tym kawałku miejscami brzmi jak karykatura Bono z U2, nie wnosząca w zasadzie nic, może poza niezłym riffowaniem w drugiej połowie utworu.

A zatem, „A Sense Of Purpose” to bardzo przyjemna pozycja, która u mnie wspaniale się sprawdza jako odtrutka na wszelkiej maści deathowo-thrashowe wygrzewy, będące moim chlebem powszednim w muzyce.

8/10 - przyjemne zaskoczenie





sobota, 16 lutego 2008

Legion Of The Damned "Feel The Blade"




Jako że w ostatnim czasie odczuwam głód nowej muzyki, postanowiłem zapoznać się z ostatnim dziełem rozchwalanego tu i ówdzie holenderskiego thrashowego "cuda". Groźna nazwa, krwista makabryczna okładka, a co w środku? Niby Holenrdzy, a grają po niemiecku :) Stuprocentowy, ekstremalne konserwatywny i wręcz anachroniczny w swoim bezwzględnym przywiązaniu do wzorców niemiecki thrash metal. Solówki? Zapomnijcie. Zwolnienia? Napewno nie tutaj. Melodyjne fragmenty? Wyraziste refreny? Kunszt gitarowy? Elementy heavy tudzież szwedzkiego deathu? Wolne żarty. Tylko śmierdzący siarką thrash, w tradycjach Sodom i Destruction. Z jednostajnie szybkim tempem, galopującą perkusją, standardowym dla stylu plująco-bulgoczącym wokalem, z tak samo standardowymi bluźnieczo-obrazoburczymi tekstami. I nie można nie przyznać, że świetnie wykonany i brzmiący. Przysłowiowego "kopa w ryj" tu nie brakuje. Brakuje niestety, przynajmniej w moim odczuciu, w takim graniu sensu. Jeśli ktoś zatrzymał się w poszerzaniu swoich horyzontów muzycznych jakieś dwadzieścia-dwadzieścia pięc lat temu, to Legion Of The Damned będzie dla niego na wagę złota. Ja jednak nie jestem zwolennikiem powielania w nieskończoność wypracowanych dekady temu wzorców, nawet jeśli są to wzorce najlepsze.

4/10 - dla maniaków oldschoolu




środa, 12 grudnia 2007

Dethklok "The Dethalbum"


Dla niewtajemniczonych - Dethklok to fikcyjny zespoł deathmetalowy występujący w animowanym serialu "Metalocalypse". Serial ten przedstawia z ogromną dawką humoru - czarnego i czarniejszego - światek metalowej muzyki i jej fanów. Każdy z członków zespołu Dethklok jest swego rodzaju satyrą na metalowy image. Są w nich zresztą widoczne cechy zapożyczone od prototypów jak najbardziej realnych - wąsik i wymowa basisty Murderface'a pochodzą najpewniej od Lemmy'go, szwedzki akcent i językołomne nazwisko Svigsgara Skvigelfa - Yngwie Malmsteena, natomiast Nathan Explosion to wypisz-wymaluj George Fisher z Cannibal Corpse. Jednym z niewątpliwych atutów tegoż serialu jest wyjątkowo dobra ścieżka dźwiękowa, skomponowana i wykonana przez pomysłodawcę całego przedwsięzięcia - Brandona Smalla. Czasami, oglądając "Metalocalypse" myślałem sobie, że na miejscu pana Smalla szkoda by mi było niektórych pomysłów muzycznych wykorzystywać na tak jajcarskie potrzeby. Teraz, po jakimś czasie po finale pierwszego sezonu serialu do sprzedaży trafiła oryginalna ścieżka dzwiękowa serialu o nazwie "Dethalbum".
Płytę tę można rozpatrywać na dwa sposoby - jako soundtrack do kreskówki w wykonaniu wirtualnego zespołu i jako "prawdziwy" album. Spróbuję jednego i drugiego. Otóż mamy tu wykonany na całkiem przyzwoitym poziomie materiał z pogranicza heavy i death metalu. Brendon jest wyjątkowo sprawnym gitarzystą, ma wyczucie i dobrą technikę. Spod jego palców wychodzą bardzo ładne solówki (a w przypadku "Duncan Hills Coffee Jingle" wręcz piękna), riffy również do słabych nie należą. Gorzej niestety jest z wokalem. Myślę, że w realnym świecie Brendon pod postacią Nathana Explosion by się raczej nie przebił, bo growl ma słabiutki i płytki. No ale co z tego, jeśli słysząc taki np. "Awaken", "Thunderhorse" czy "Blood Ocean" przed oczami każdego fana serialu, do których ja się niewątpliwie zaliczam, stają efektowne sekwencje z "Metalocalypse". Wreszcie można tych kawałków posłuchać w normalnej jakości dźwięku, wcześniej znałem je jedynie w tragicznych "jutjubowych" nagraniach, czy też niewiele lepszych "tiwiripach". Mus dla każdego fana serialu, pozostałym najpierw polecam zapoznać się ze wszystkim odcinkami "Metalocalypse". A warto.

7/10 - (nie) tylko dla fanów serialu

poniedziałek, 10 grudnia 2007

Vital Remains "Icons Of Evil"

Kolejna wielka premiera tego roku. Po niezliczonej ilości przesłuchań albumu „Dechristianize”, który swojego czasu stał się dla mnie nie lada objawieniem, nie pozostawało mi nic innego, jak z zapartym tchem czekach na jego następcę. Wieści które docierały z obozu Vital Romains w trakcie prac nad nową płytą były jak najbardziej obiecujące – okazało się bowiem że współpraca kapeli z Glenem Bentonem nie była jednorazowym zdarzeniem i uświetni on swoim nietuzinkowym growlem również „Icons Of Evil”. W wywiadzie z Davem Suzuki padła też obietnica, że tym razem panowie bardziej przyłożą się do brzmienia, co również nie mogło nie cieszyć, bo jedną z nielicznych wad poprzedniego wydawnictwa była wyjątkowo niedbale nagrana perkusja, w szczególności irytujący saint-angerowski kartonowy werbel.

Po nad wyraz mocnym „Dechristianize” poprzeczka była ustawiona bardzo wysoko. Jedak jak to mówią, nic trudnego dla chcącego. „Icons Of Evil” przebija swoją poprzedniczkę pod każdym niemal względem. Osiem epickich, ponad siedmiominutowych kawałków w wykonaniu klasyków gatunku to nie lada gratka dla fana death metalu. Podobnie jak na poprzednim albumie, epatująca opętanymi blast beatami ekstremalna deathowa sieczka na ponaddźwiękowych obrotach co chwilę zmienia się pompatycznymi zwolnieniami. Tak samo jak na „Dechristianize” aż roi się tu od elementów heavy i power metalu. Za taki stan rzeczy odpowiada oczywiście przede wszystkim człowiek-orkiestra Dave Suzuki, który na „Icons Of Evil” przeszedł samego siebie. Każda kompozycja jest przesycona jego grą solową, i pokuszę się na stwierdzenie, że takich "kwiatków" w deathmetalu nie gra oprócz niego nikt. Pomiedzy fruwającymi, niezwykle melodyjnymi partiami gitary wiodącej a bezkompromisową rzezią riffów Tony'ego Lazaro tworzy się niesamowity kontrast, na którym to polega cała siła i oryginalność tego zespołu. Kolejna w tym roku płyta, której wstyd nie mieć - wio do sklepu, drodzy metale ;)


9/10 - death z najwyższej półki